Narodowo-Chrześcijańska   Strona   Internetowa   w   Calgary
www.polacywcalgary.com

Duchowe oblicze Konfederacji Barskiej

 

My
prawowierni chrześcijanie katolicy rzymscy, naród polski, wierny Bogu i
Kościołowi, wolnym królom i kochanej ojczyźnie; uważając koniec nieszczęśliwych
i strasznych środków, gwałtownie przeciwko wszystkiemu prawu uczynionych,
nieomylnie wynikający a przynoszący niemylne nadwątlenie i prawie powszechną
zgubę na wiarę świętą katolicką rzymską; widząc oziębłość w duchowieństwie
wyższym, a w głowach większych świeckich obojętność, tudzież w obywatelach
bezwstydną bojaźń i pomieszanie, a co najnieszczęśliwsza; że żadnej dotkliwości
nie czując, nachylają swe niegdyś niezwyczajne głowy wolnego narodu pod jarzmo
niewolnicze syzmatyków, lutrów i kalwinów, któreśmy krwią Chrystusa najdroższą i
własną naszą odkupione bezpiecznie przed narodami nosili, nie dbając na
tureckie, tatarskie, Szwedów, Kozaków hufce, które jak cień od zaciągającego
słońca, tak oni od znaku krzyża św. nikli przy heroicznym naszym orężu. Ale jest
Bóg w Izraelu, jest jeszcze prorok, który wszystkie wróży pomyślności. Jeżeli
żyć i umierać, stać i upadać przy boku Jego świętej wierze katolickiej będziemy,
umocni siły nasze i wzbudzi w nas krew rycerską, będzie nam wodzem i przywódcą,
zasłoną i potęgą. Niech nas utrzymuje Jego wszechmocna moc, niech posili nas moc
Syna przenajświętszego, niech nas zagrzeje duch jego miłości! Czyńmy już więc w
Imię Trójcy Przenajświętszej Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego to sprzysiężenie
osobiste i powszechne. Tarczą będzie nam Maryja
“.    

Oto słowa
manifestu Konfederacji barskiej zawiązanej w celu obrony wiary i ojczyzny
wypowiedziane przez tych, którzy najlepszych spośród siebie nazywali Zakonem
Kawalerów Krzyża Świętego.

Dlaczego
audycja o Konfederacji? Pozwólcie drodzy radiosłuchacze, że odpowiem wierszem:
Utwierdzić w wierze i w miłości kraju,

I co
godziwe, podać w obyczaju:

Wszak to się
godzi po ludzku od wieka

I taka droga
pono dla człowieka
“. (W. Pol, Z wyprawy wiedeńskiej )

Więc jako
człowiek polski, którego serce nie siwieje razem z włosami, poczuwam się do
obowiązku wypełnienia tych słów na falach Radia Maryja. I niech serca miłych
radiosłuchaczy odczują, że jest to też jakiś śpiew duszy kapłana, który czuje
żywą więź z Konfederatami:

Teraz mi
pozwól, Boże, te Barszczany

Śpiewać…co
bili się za Imie Twoje,

Których Ty
bole widziałeś i rany

I wielkie
bardzo – a rozpaczne  boje
…(…)

Pozwól, o
Panie…niechajże ja w sobie
Odczuję…ludzi tych wielkich uczucie,

I niechaj
rymem maleńkim zarobię

Pomiędzy
nimi – mieć pośmiertne życie
” (Słowacki, Iliada Barska)

Po tej swoistej
modlitwie od razu też zadaję sobie pytanie: gdzie tkwiła tajemnica zbrojnego
uroku Konfederacji? Przecież na zdrowy rozum taka cząstka niespokojnych
obywateli nie tylko powinna dawno polec pod przemocą, albo pod wpływem porażek, szukać świętego spokoju lub się podzielić na różne frakcje. A tymczasem ani
strata życia, majątku nie przeszkodziła napływowi coraz to nowych ochotników.
Dzieje się cud prawdziwy: popioły wskrzeszają odwagę, śmierć nie rodzi bojaźni, ruch zbrojny staje się koniecznością narodową do tego stopnia, że jak
powiedzieliśmy na początku ¾ narodu było skonfederowane.

Odpowiedź jest
prosta: w duchu polskim Konfederacji.

Wsłuchując się
w słowa manifestu, jak i przysięgi składanej przez tych niezwykle młodych
wiekiem rycerzy, dojrzymy najgłębszy jego wymiar:

Przysięgam
Panu Bogu w Trójcy jedynemu, Najświętszej Pannie Marii Niepokalanie Poczętej i
Wszystkim Świętym, osobliwie patronom Korony Polskiej, i tobie, głowo Kościoła,
Ojcze święty, papieżu rzymski, na to
, że (…) wiary świętej
rzymsko-katolickiej nie odstąpię, ale aż do utraty ostatniej życia mego jej
bronić sercem i orężem będę, aż do wspólnego jej w moim kraju ocalenia i
ugruntowania
“. Mówienie, że
chodzi tu tylko o granie na uczuciach religijnych, aby pociągnąć pod swoje
sztandary szerokie masy szlacheckie byłoby spłyceniem wewnętrznej treści tych słów w nich bowiem kryje się po prostu polskość. A jej istotą jest związanie tak ścisłe ziemskiego królestwa z Królestwem Bożym, że wszystkie pokolenia żyjące na tej ziemi osiągają zbawienie nie inaczej jak właśnie przez życie po polsku. (przez polskość) z woli Boga-  Twórcy narodów.)

Wypełniając tę
wolę Polskość postawiła sobie niezwykle wysoką poprzeczkę duchową: budowanie civitas Dei w oparciu o Ewangelię. Czyniła to w udręce ducha, bo należało ciągle do tego dorastać, wyolbrzymiać siły, bo różne wypadki dziejowe, wpływające na poziom moralny danego pokolenia nieraz powodowały, że nie dorastały one do tego wysokiego ideału i jego realizacja kulała, niemniej nie przestał on nigdy obowiązywać[1].

Nasi Wieszcze,
którzy wyrośli z polskości i mieli ją w sobie ukształconą na najwyższym
poziomie, powiedli ją jeszcze na szczyty ludzkiego poznania, by nawykła ona do
najwspanialszych horyzontów, “gdzie graniczą Stwórca i natura“. I aby ona
na takim poziomie się  utrzymała, zobowiązali ją do nie kończącego się nigdy
rachunku sumienia z przyjętego na siebie obowiązku nieustannego doskonalenia siebie.

I tak: Pierwszy
z naszych Wieszczów Juliusz Słowacki, ten trud zadany Polsce przez Opatrzność
przenosi na państwo, na naród, na każdego Polaka. W dramacie “Horsztyński
, w którym bohaterem jest stary Konfederat barski, Ojciec Prokop Kapucyn
prowadzi rozmowę z młodym synem hetmana Kossakowskiego Szczęsnym.  W istocie
jest to dialog, który toczy się między Kościołem, wychowawcą człowieka, a nim
samym. Jest to dramat, bo Kościół  w imieniu Chrystusa powiada: “widzę w
tobie wielkiego człowieka
“. I co człowiek na to odpowiada?: “Zrazu
postanowiłem sobie dążyć ciągle do wielkości, nareszcie znudziło mnie napięcie
niezgrabne przyrodzonych władz, przerabiane ciągle nicości na wielkość olbrzyma
“.
Przechodziły w Polsce “wieki kwitnącej wiary”, której  w czasach saskich
Rzeczypospolitej zabrakło jako państwu i nastąpiła nuda. Odejście od wypełniania
Bożych przeznaczeń przez państwo spowodowało, że społeczeństwo nie mogąc
uprawiać opartej na tej idei wielkiej polityki, nie wysnuwając nic twórczego ze
swego wnętrza, odeszło w prywatność, wycofało się z życia politycznego,
pozwoliło by nijactwo ideowe kierowało nawą państwową. A że ryba od głowy
cuchnie, to i ono z czasem naśladując panujących, popadło w indyferentyzm
ideowo-religijny szerzony i dominujący w epoce Oświecenia. Był to swego rodzaju
nihilizm, którego zasadą jest sprowadzić wszystko do własnej niziny prywatnej i
myśleć, że tak jest słusznie. (dla mnie:  Norwid, Do Leonarda
Niedźwieckiego
, t. 5, s. 775
)

Drugi z
naszych Wieszczów, Cyprian Kamil Norwid powiada, że to powołanie narodu do
budowania cywilizacji miłości (civitas Dei), to jest nasza oryginalność.
Dobrze pojęta, podług Bożych przeznaczeń, jest twórcza i czynna, bo czuje to
powołanie do współtworzenia z Troistym Bogiem, który jest twórczy wiecznie,
historii zbawienia.Pokolenie saskie nic nie dodało do
owej idei, było tylko potulnie bierne, a tu trzeba było ideą podbijać duchy
narodów, bo Polska to przez wieki czyniła. I słusznie wyrzut historii do czasów
saskich zdaje się wołać:

Trzeba było jak Ojciec
Niebieski na długo

Ukochać – trzeba było być
duchem i sługą
[2].

Powołanie
narodu do zwycięstwa nad złem zakorzenione jest w męce Syna Bożego, który jest
Światłością świata i stąd płynie jego oryginalność. Utraciliśmy niepodległość,
bo przestaliśmy być oryginalni. Zapomnieliśmy bowiem w pewnym okresie, że:

nam z ducha
odrodzić się trzeba,

gdyż serce nasze całkiem w
ziemi tonie,

Chełpim się chętnie naszym
oświeceniem,

A od Światłości wzrok nasz
odwracamy
[3].

Złota
wolność szlachecka, płynąca ze świadomości wolnego dziecka Bożego, więc pojęta
nie jako samowola, ale jako zadanie do wypełnienia wobec siebie i innych winna
była zawsze  mówić:

Zda się
godziwym Świętemu Duchowi i nam…Oto jest złota wolności korona:

Większej nad
tę nie było i nie ma – to ona!
(C.K. Norwid,
Rzecz o wolności słowa IX
)

A tymczasem
czasy saskie popełniły grzech przeciwko Duchowi Świętemu, który odjął Polsce
całą tajemnicę bytu narodów, to jest siłę namaszczania wolnością dzieci Bożych i
oddał ją obcym, przez co staliśmy się lokajem tzw. opinii publicznej.

Grzech ten
nauczyć by nas powinien, że nie dość prawdy się dorobić, trzeba ją jeszcze
obrobić i obronić, i piersiami zastawić. Bo jak się o to nie dba, to z tego jest
niewola[4].

Tak uczą nas nasze wieszcze
duchy.
———————————

Jest takie
opowiadanie Jana Zacharyasiewicza zapomnianego zupełnie pisarza pochodzenia
ormiańskiego o tym, jak pewien austriacki dyplomata, któremu podróż po
Polsce przypadała na ostatnie chwile zmagań Konfederacji, miał okazję w
przygodnej karczmie, gdzieś na Podkarpaciu zasłuchać się w słowa pieśni
śpiewanej przez szlachtę:

W piersi Sarmackiej gdy pieśń

zagrała

To wyszedł w pole na wroga

A gdy ukochać dusza kazała

To kochał  – Polskę i Boga.

I uciekali z dróg wszyscy
diabli

Duszy nie tknęła się blizna

Bo była szabla, szkaplerz na
szabli

A w sercu – Bóg i Ojczyzna

Słuchając słów
tej pieśni zadumał się nad sprawą konfederatów i w duszy wiódł następujący
monolog:

Zdaje się,
że Polacy pomieszali ideę religii z ideą państwa i sami teraz nie wiedzą co
położyć na pierwszym miejscu. W pieśniach konfederatów Maryja, Matka Boga i
Polska, albo Rzeczpospolita to są niby dwa synonimy! Umrzeć za wiarę, za Boga a
za Ojczyznę – to u nich prawie jedno i to samo!
(…) Mógłbym może
znaleźć klucz do rozwiązania tej sprzeczności. Polska stała długie wieki na
straży chrześcijaństwa. Długie wieki na tym stanowisku wylewała krew swoją. A
Polacy niemniej kochali sprawę publiczną jak samego Boga – pomieszali z czasem
tę miłość i ideę państwa postawili na równi z ideą religii. Jest to wielki i
zacny przymiot duszy, chociaż nie każdy teolog z tym by się zgodził – ale w
sprawie publicznej dodaje to  siły i może cuda stwarzać! Na chorągwiach niosą do
boju Polacy Matkę Boską zamiast herb państwa! Piękny, szlachetny jest to
naród… byle nie było w nim tylko ludzi ambitnych zaprzedających dobro ojczyzny
dla względów osobistych…a wreszcie i zdrajców, którzy na gruzach sprawy
narodowej ścielą dla siebie wygodniejsze śmiecisto!
…”[5]

Tymi ostatnimi
słowami, włożonymi w usta posła austriackiego, oddał autor opowiadania prawdę
nie tylko o ludziach rej wodzących w Polsce w epoce stanisławowskiej, ale w
każdej dobie, również naszej. Dlatego jeszcze nie raz podczas naszej audycji
wrócimy do jego rozmyślań.

Więc drodzy
radiosłuchacze Konfederacja barska to nic innego, jak próba włożenia na nowo w
to, przez wieki wyżłobione łożysko polskości, duszy narodu, by odnalazła w sobie
siły do pozostania w nurcie budowania cywilizacji miłości.

Mieli
Konfederaci niejako we krwi przekonanie, że  niepodległość to środek
do skutecznego wspięcia się na szczyty ludzkości, ażeby spełnić wobec
cywilizacji powszechnej jak najlepiej nasze obowiązki
“. A wypełniając słowa
przysięgi dowiedli, że rozumieją, iż “pomiędzy niebem a ziemią, pomiędzy
Ideałem, a rzeczywistością służy za pomost tęcza uwita z siedmiu ofiar:
poświęcenia, miłości, zachwytu, czułości, z hartu, stałości, niezłomności
. I
nosili w sercu nadzieję, że “po tej wstędze przymierza zstąpi w końcu na
ziemię polską  niepodległość, która z  marzenia stanie się  faktem ziszczonym,
spełnionym, i że nastąpi w dziejach triumf Dobra, uproszonym przez ich ofiary,
nakładane dziedzictwem z pokolenia w pokolenie aż do skutku
[6].

Więc widząc
oczyma duszy Konfederację, posłużmy się wierszem podsumowującym zryw i czyn
zbrojny jej rycerzy:

“…gdy nas
gniewa spoczynek niedbały,

Dajmy
przysięgę w jednostajne słowo:

Że sami dla
się i zwycięstw, i chwały

Pójdziem się
z trudem dobijać na nowo!
[7]

 PRZERWA 

    W
głębokiej wierze walczących, że walczą za świętą sprawę, że Bóg i jego wybrani
muszą być po ich stronie, spoczywa klucz do zrozumienia, że w wydarzeniach
mających wówczas miejsce w Polsce, doszło do zmagania się dwóch cywilizacji:
łacińskiej i bizantyjsko- stepowej. Nie trzeba więc patrzeć na barokowe symbole
religijności Konfederatów, czyniące z nich rycerzy krzyżowych, a jakie  mogą
razić tych, którzy nie lubią tego typu religijności[8].
Za tymi symbolami religijnymi kryła się autentyczna, głęboka wiara nakazująca
nawet wobec wroga postępować rycersko. Różnica między noszącymi te emblematy
religijne Konfederatami katolikami, a zwalczającymi je lub ośmieszającymi
wrogami była taka, że pierwsi kierowali braterski apel do chrześcijan
prawosławnych, a ci drudzy podżegali ruski lud do nienawiści wobec Polaków.
Konfederaci, jak choćby sam Kazimierz Pułaski, często po bitwie wypuszczali
żołnierzy rosyjskich wolno. Płynęło to wprost z rycerskości. Był to wzorzec,
jaki potem znalazł odzwierciedlenie w naszej literaturze, choćby u Sienkiewicza[9].
U Rosjan natomiast za łagodnością kryła się nie rycerskość, lecz wyrachowana
przebiegłość; a nuż w ten sposób pozyska się wymykającą się z okowów zniewolenia
duszę Polski. Więc stosowano na przemian srogość i łagodność według zasady kija i marchewki.

Przykład:
Juliusz Słowacki we wspomnianym już przez nas nas dramacie “Horsztyński
opisuje najprawdziwszą, pod zmyślonym nazwiskiem, postać bezimiennego bohatera
barskiego, który “wpadł niegdyś w ręce Drewicza. Mówi o tym stary
Konfederat tak:

Kiedy mię
wzięto w niewolę…wieczorem, wieczorem to było…dwoch Moskałów prowadzili mię
do kaplicy – pamiętam…cmentarz cały ocieniony lipami…na cmentarzu okropnie!
…dwudziestu moich żołnierzy zakopani w mogiłach po szyję. Moskale kosili
głowy…skoszone głowy toczyły się czasem pod moje nogi
“.

A potem
Moskale zaprowadzili go do kościoła – położyli krzyże na wznak… i
gromnicami zapalonymi kapali na oczy
“.

Powtarzam, nie
wymyślił tego Słowacki z niczego, lecz zaczerpnął z faktów. Nic więc dziwnego że
w jednym do carycy Repnin sugerował , by nie żałować grosza na zapomogi dla tych
ziemian, którzy w wyniku walk ucierpieli od wojsk rosyjskich.. Czym się kierował
Repnin sugerując taką wspaniałomyślność imperatorowej zdradzają jego słowa: “Jeżeli
zdołamy wzbudzić ku sobie miłość, to przez samo przywiązanie znosić będą z
mniejszą odrazą to, cośmy tutaj zrobili
[10].

I jeszcze jedna
smutna prawda wysnuć się da z tego przykładu obrazującego walkę cywilizacji
łacińskiej, uznającej prymat człowieka i turańszczyzny, gdzie naczelną była
pogarda człowieka.

Kultura polska,
gdzie “człowiek był wszystkim, resztę wszystko niczem“, każe
najszlachetniejszym jej reprezentantom ponieść ofiarę z życia za zwycięstwo w
świecie ludzkim tej zasady. Ale, czy nie ma racji XIX-wieczny pisarz, gdy
powiada, że “walka szlachty z kozactwem, to jakby walka ludzi z dzikimi
zwierzętami. Tu, co padnie człowiek – to szlachcic; a tam co padnie kozak, to
zwierzę. I jestże to równa walka? Zwierząt przeciwna strona dostarczy tyle ile
trzeba, a szlachcica przecież nie posadzisz na żytnisku, ani nie posadzisz na
niego rosady, jak na kapustę!

Wiedział o tym
doskonale zaborca wschodni i każde powstanie kończyło się niszczeniem szlachcica
– człowieka. I tak było od Konfederacji po…Katyń.

Więc czy nie
miał racji każdy z konfederatów, gdy nosił na swej piersi krzyż, świadom słów: “A
mnie się twardy żywot tu naznaczył, lecz krzyż poniosłem, bo nim Pan uraczył
“?
Bo tylko w jego świetle można starać się pogodzić się (żyć) z tą twardą  prawdą,
że ofiara życia ma jakiś wyższy sens, który przekracza czysto ludzkie
pojmowanie. Bo nawet właśni rodacy są wstanie zapomnieć o tej ofierze isprawdzają się wówczas gorzkie słowa:

Nie przemoc, nie zaborca
wygubia lud bratni,

Ale własna niepamięć daje cios
ostatni
[11].

Więc Ofiary
mogą liczyć tylko na sprawiedliwość Bożą i wtedy dla tych rodaków, do których
przemawia jeszcze ich “przegrana”, mają przesłanie:

Gwoli
całości Pospolitej rzeczy

Krwią mego
serca napoiłem łany;

Niechaj nikt
doli mojej nie złorzeczy,

 Nie chcę
być od was płakany
“. (M. Stryjkowski, Oda 12, Pieśń na cześć
zwycięzcy
)[12]

Czyż nie
słychać w tym wierszu echa słów Zbawiciela wypowiedzianych podczas męki do
płaczących niewiast: “Nie płaczcie nade mną, ale nad sobą i waszymi synami,
(…) bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?“(Łk,
23, 28.31
)

Krótka Przerwa

Z Bogiem ,
z Bogiem każda sprawa, z Nim się wszystko zdarzy
” Te słowa, których uczono w
szkole jeszcze przed II wojną światową, swe źródło też mają w postawie
konfederatów. Wiemy z opowiadań, że wzięci do niewoli Konfederaci, przypominając
sobie, że męczennicy Pańscy w pierwszych czasach chrześcijańskich umierali z
pieśnią na ustach, na ich wzór znosili wszelkie niedole. Gdy tylko pierwszy
promień jutrzenki rozjaśniał dzień i oni rozpoczynali go pieśnią:

O Maryjo,
Jutrznio złota,

otwórz nam
niebieskie wrota

Za srogie
nasze katusze

Niech Bóg
przyjmie polskie dusze

Wspomnianemu
już przez nas posłowi austriackiemu z powieści Jana Zacharyasiewicza, zdarzyło
się, że stracił część ucha od szlacheckiej szabli damascenki. I karczmarz,
służący w konfederacji, opatrzył mu ranę i powiada tak: “Moja rzecz
skończona, reszta należy do Pana Boga, jeżeli jak mówicie, jesteście katolikiem.
W taki razie radzę wam siedm razy na dzień na intencją siedmiu boleści Matki
Boskiej, odmówić “Zdrowaś”…
“I dodaje dalej:

gdybyście
byli konfederatem, tobym was nauczył najskuteczniejszej w takim razie pieśni,
którą przy odrzynaniu nogi lub ręki śpiewał konfederat. I powiadam wam, że żaden
przy operacji nie umarł i każda amputacya kończyła się szczęśliwie!

- I jakaż to
ta pieśń wasza? zapytał ciekawie cudzoziemiec?

Chirurg
konfederacki wyprostował się, bo tak nakazywała reguła wojskowa, położył prawą
rękę na piersi i zaczął:    

“Maryjo
święta, niech przez nasze rany,

Wybawion
będzie kraj nasz ukochany-

Tobie w
ofierze niesiem nasze blizny,

Wyproś u
Syna wolność dla Ojczyzny…

A kiedy
przyjdzie utracić nam rękę

W bólu
śpiewamy Tobie na podziękę-

Bo z jednej
ręki do grobu złożonej

Sto rąk
wyrasta dla Polski obrony!”

     Pieśń
jest krótka
, mówił dalej lekarz konfederacki, bo tyle prawie czasu
potrzeba na odjęcie ręki.

Cudzoziemiec
mimo bólu i gorączki, jaką sprawiała mu rana myślał o tej szczególnej pieśni
konfederackiej. Dziwne rzeczy przechodziły mu w tej chwili przez rozgorączkowaną
wyobraźnię. Jakieś dawne już zatarte postacie z pierwszych czasów
chrześcijaństwa stawały mu przed oczami. Widział św. Wawrzyńca, który wesoło
nuci na kracie rozpalonej…Widział św. Sebastiana, który nie czuje strzał ni
oszczepów…Wszyscy ci męczennicy giną śród mąk najokropniejszych, a wiara,, ze
po ich śmierci wielka nauka zwycięży odbiera im wszelkie cierpienia!

Ale nie tylko
walczący Konfederaci uciekali się do boskich auxiliów. Mieszkańcy w obronie
przed najazdami i rabunkiem zwracali się z ufnością do opieki świętych.
Zwłaszcza św. Stanisław jako patron Polski bywał często wystawiany na
rozstajnych drogach, wieszano jego wizerunki na drzewach prosząc o obronę, o
ochronę przed grabieżą, a po domach śpiewano i pieśni do św. Stanisława Patrona
Polski, bo wierzono w jego szczególną opiekę:

Stanisławie
męczenniku sławny

Ku ojczyźnie
afekt odnów dawny

Wszystka
prawie spustoszała

Chwała
Pańska w niej ustała

Korona
zaginie!

Stanisławie
pasterzu czujący

Twe
owczarnie szarpie lew ryczący
Odszczepieńce i poganie

Sprzysięgli
się prawie na nię

Siadł orzeł
lecący
“.

Ten zdecydowany
rys katolicki Konfederacji naznaczył już na zawsze wszystkie zrywy
niepodległościowe. Święty Zygmunt Szczęsny Feliński, arcybiskup warszawski i
zesłaniec, tak wspomina Powstanie wielkopolskie z 1848, w którym brał udział:

Duchem zaś
tym, co ożywiał całą masę ludowego powstania, był duch gorącej wiary i
niezłomnego przywiązania do Kościoła.
(…) Włościanie (…) do
powstania szli chętnie, ufając zwłaszcza księżom. Do przewodniczenia nie rwali
się nigdzie, przyjmując chętnie szlachtę na oficerów i urzędników, ale swą
katolicką chorągiew tak śmiało wywieszali, że nie ścierpieliby nawet, gdyby ją
zechciano usunąć, a inną , chociażby narodową, na jej miejsce postawić.

Zaledwieśmy
ruszyli w pochód, wnet na czoło kolumny wystąpił jakiś poważny włościanin z
kantyczkami w ręku i zdjąwszy czapkę, co też i wszyscy uczynili, zaintonował
znaną pieśń pobożną, którą cała kolumna pełnym głosem śpiewać wnet poczęła, ani
jednej nie opuściwszy strofy. Śpiewy te powtarzały się z pewnymi przystankami w
ciągu całego pochodu; gdy zaś spotykaliśmy po drodze krzyż lub kapliczkę, wnet
cały oddział, nie czekając komendy ani pytając o pozwolenie, klękał dokoła i
odmawiał litanię do Pana Jezusa lub do Matki Boskiej. Dwaj owi demokraci, o
których wspomniałem wyżej, nie smakując w pobożnych pieśniach, a pragnąć raczej
obudzić w ludzie patriotyczne uczucia, zaintonowali “Jeszcze Polska nie
zginęła”, w czym szlachta im dopomogła, ale ani jeden głos z ludu nie połączył
się z nimi, tak że nie ponowili próby. Gdy zaś we wsi jakiejś cały oddział padł
na kolana dokoła stojącej na wygonie figury Zbawiciela, nasi zaś demokraci sami
jedni nie przyklękli, lud począł patrzeć na nich tak groźnie, że kolana im mimo
woli się ugięły. Dla mnie była to wielkiej doniosłości nauka, ujrzałem tu bowiem
w praktyce z jednej strony, jak owi trybuni ludowych swobód nie rozumieją
naszego ludu i nic z nim wspólnego nie mają; z drugiej zaś, jak ów lud, któremu
prawo do wszechwładztwa koniecznie chcą wmówić, na to jedynie przewagi swej
używa, by skłonić swych nieproszonych opiekunów do oddania należnego hołdu temu,
któremu oni całym sercem służą i pragną, aby świat cały za Pana go uznał. Póki
tego usposobienia ludu naszego patrioci nie uczczą i sami się nim nie przejmą,
póty sprawa narodowa nie znajdzie stałego gruntu pod nogami
[13].

Dziś żyjemy w
czasach gdzie nie ma rozumu u góry ani nawet może dobrych chęci.

Obrazują to
doskonale słowa z czasów Konfederacji:

Na urzędach intryga i kredyt
osadza;

Ten szczęśliwy, kto kradnie i
ojczyznę zdradza.

Jeśli się o to godni ludzie
mówić ważą,

Odpowiedź cała: że tak interesa
każą
“. (T. K. Węgierski, Organy)

Za to  rozum i
prawość są jeszcze na dole, zwłaszcza w Rodzinie Radia Maryja. Ale jakże ten
rozum i ta prawość wzbije się z dołu do góry? Jakimi drogami ona się tam
dostanie? Jakimi środkami uśpić cerbery, stróżujące wnijścia do samej góry? Bo
na jej szczycie trzeba ludzi opoczystych, a nie karłów z piasku.

Trzeba pukać do
ludzkich sumień, by wreszcie się przebudziły. Kto ma to czynić? Duchowni. Mimo
wściekłego ataku na szlachetnych kapłanów, jeszcze naród ich usłucha, bo nie
zginęła zdolność ludzkiego sumienia odróżniania ziarna prawdy od plew.

Kapłani głoszący prawdę mają czuć
wsparcie płynące od mądrego społeczeństwa do tego stopnia, by mogli powiedzieć:

W naszem królestwie, kędy
wojna gore

Wzmagacie mądrą pasterza
wymowę;

Słowem porady, w uroczystą
porę,

Wyście go wesprzeć gotowe“.
(s. 134)

A jak który z
nich zna dobrze historię Konfederatów, to winien przypominać ich apel skierowany
do współczesnych im sobków, myślących tylko o sobie, by brzmiał jak wyrzut
sumienia:

O prostaku,
prostaku, czyli bałamucie, a nie statysto. Nie wiesz o tej nieomylnej maksymie,
czyli prawdzie polityki, że kto o pospolite i powszechne dobro nie dba, ten
swoje prywatne na szaniec wydaje, bo kiedy okręt tonie, powinien każdy wspólnie
okrętu ratować, a nie swojej prywatnej szkatuły pilnować
[14]

Przerwa
krótka

Jeszcze jedną
ważną rzecz należy odsłonić drogim radiosłuchaczom.

Mimo że
Konfederacja barska była z ducha ruchem szlacheckim, to brały w niej udział
pozostałe stany Rzeczypospolitej. Przywódcy barscy mieli świadomość, że czas
wypełnić ślubowanie Jana Kazimierza o poprawie doli chłopa, bo od jego dobrobytu
zależy dobro kraju. I dlatego 3 marca 1770 roku, mając drogowskaz ustrojowy
mocny i obliczony na daleką przyszłość, wydali uniwersał, w którym zawarta
została obietnica, że po zakończeniu działań wojennych szczególny wzgląd będzie
się mieć na sprawę prostego ludu[15].
Były to zaledwie pierwsze przebłyski tego, czego się podjęto dopiero podczas
Sejmu Czteroletniego i Konstytucji III Maja, ale dość pokaźny udział stanu
chłopskiego w konfederacji dowodzi to, że poczucie obywatelskie sięgnęło już w
głąb warstw społecznych, a apogeum znalazło w walce o wolność kraju podczas
insurekcji kościuszkowskiej. Władysław Reymont w powieści “Rok 1794“pięknie
oddaje to, co mogli odczuwać chłopi w swoich duszach walcząc pod rozkazami
dowódców zdobywających swoje bojowe ostrogi podczas Konfederacji. Oddajmy
naszemu Nobliście głos:

I znowu
tysiące wiernych serc w tym momencie żywota może ostatnim przywierało w kornej
czci do stóp Częstochowskiej
: (…) Przyczyń się Królowo Korony Polskiej!
Ziścij błagania! Wyproś u Syna
” (…) Daj śmierć, daj rany, ale spraw
zwycięstwo
!”

- Żołnierzu
polski! – zagrzmiał naraz tubalny głos od ołtarza. – Żołnierzu!- powtórzył
ksiądz tocząc dokoła orłowymi oczyma – któryś z dobrawoli stanął pod chorągwiami
Polski, któryś gotowy wylać za nią krew swoją, mówię ci: Uczyniłeś, jak Pan Bóg
przykazał, jak uczynić byłeś powinien. Pytam się jeno, za kogo to jeszcze
wybierasz się wojować? Czy i za panów, jak ten i ów głupi powiada? Nie wierz
kpom. Za pohańbione kościoły, za sponiewieraną świętą wiarę, za swoją wieś,
którą ci wrogowie łupią i palą, za swoją wolność i ziemię bić się będziesz!
Bowiem na Polskę, niby paskudna szarańcza, zwaliły się nikczemne somsiady i
dalejże ją rozrywać na strzępy!
(…) Wszystka Polska we łzach i
uciemiężeniu! Ciężkie terminy spadły na tę prześwietną Rzeczpospolitą! Więc kto
jeno żyw, kto ma Boga w sercu i sumienie, staje w obronie matki rodzonej!

(…) To mówię ci, chłopie czy panie, bij kłonicą, bij orczykiem, bij
kamieniem i czym ci się jeno żywnie spodoba, byłeś ich tylko prał do ostatniego
dechu, do ostatniej pary. I ty żołnierzu, bądź bez miłosierdzia dla
nieprzyjaciół wiary i ojczyzny! Zwycięstwo albo śmierć!
(…) A pamiętaj
tam jeden z drugim, że nie grzechem jest wytępiać wroga, a jeno zasługą przed
Bogiem i narodem. Bo jeśli padniesz w tej potrzebie i już w białej szacie
niewinności zapukasz do niebieskich podwojów, święty Piotr wyjrzy i zapyta: “A
coście to za ludzie? To śmiele wołajcie: “My polscy żołnierze!” – “Cóżeście
znacznego dokonali, że się tak na dwór Boski ciśniecie?” – Pobilim wrogów i
dalim gardła za wiarę i Polskę
[16].

Czytając
ten piękny fragment z powieści Reymonta, mimo woli wracamy do początku tego
chłopskiego tupnięcia o polską ziemię, płynącego z przekonania: “wszak ci to
jest ziemia nasza
“. Ten początek dała Konfederacja barska, która jaśniejąc
blaskiem rzadkich cnót i poświęcenia przyciągnęła do siebie gorętsze żywioły
nieszlacheckie i stała się przez to bezwiednie zwiastunką nowej epoki w której
wszystkie stany Rzeczypospolitej będą miały i dowiodła tym samym żywotności
całego narodu, który miał w sobie wszelkie warunki pomyślnego na przyszłość
rozwoju[17].

Przerwa

Konfederacja będąca głosem budzącego się sumienia narodowego i pierwszym głośnym
protestem przeciw gwałceniu prawa narodu przez imperializm wschodni, przeciw
powolnemu uciemiężaniu państwa polskiego w klamrze rosyjsko-pruskiej, przy
wtórze Austrii, doczekała się rozbioru Polski. I tu wrogowie Polski zastosowali
starą jak świat metodę dzielenia i kłócenia wszystkich, werbowania i kupowania
stronników, aby naród najdalszy był od jednomyślności, by zaaprobował dzieło
rozbioru. Krótko to wyraził poseł rosyjski Kasper von Saldern: ponieważ “właściwością
Polaka jest, że ceni on swój interes osobisty wyżej niż każdy inny, to tę
skłonność musimy obrócić na naszą korzyść
“.

I zaczął to
dzieło od urabiania króla Stanisława Augusta. Na audiencji namawiając go, by
zgodził się na rozbiór kraju mówił do niego: “Jakich złych chwil oszczędzisz
sobie, Najjaśniejszy Panie, od jakiej rozpaczy uchronisz serce człowieka, co
przybył do Polski jedynie dla twojego dobra, dla dobra twej rodziny i całej
twojej Ojczyzny
[18].
Tak działał, bo jak ognia bał się jednomyślnego veto narodu na zbrodnię
rozbioru. Wyraził to był słowami: “Powszechne zjednoczenie całego narodu
ujawni się w tejże chwili, gdy Polacy spostrzegą sami albo dowiedzą się od
kogoś, jakie są nasze zamiary
[19].

A jednak duch
konfederacki działał nadal pozytywnie na rodaków, bo w chwilach decydowania o
zgodzie na postanowiony zabór, chwiejącego się biskupa Sołtyka, który co dopiero
wrócił był z wygnania, nie kto inny, lecz spiritus movens Konfederacji
biskup Adam Krasiński powstrzymał od udziału w sejmie rozbiorowym stanowczymi
słowami:

Jeżeli
ojczyzna musi ginąć, nie kopmy jej dołu naszemi rękami. Kto ją zabił, niech ją
pogrzebie; nasze ręce trzeba żeby były czyste przed narodem i postronnymi
potencjami
(…) Wolę nic nie robić, niżeli się mazać zgubą wolności albo
nad nią kondukt śpiewać pontificaliter
“.

Przyznać
musimy, że te słowa biskupa kamienieckiego i konfederata nic nie straciły z
aktualności.

Wiemy, że
grabież Polski na forum Europy doczekała się obojętności.

To, że rozbiór
nie tylko że nie wywołał większego oburzenia na Zachodzie Europy, ale był przez
nią przyjmowany jako pewnego rodzaju zasłużona konieczność, która się Polsce
należała, bo nie umiała się rządzić po europejsku, a w dodatku trwała wiernie
przy sztandarze katolickim, za co należy się kara, było spowodowane tym, że w
Europie panował absolutyzm powodujący takie zatarcie poczucia praw narodu, taka
niewiarę w przyrodzone wiązadła życia zbiorowego oddanego pod tyranię kapryśnej
dyplomacji, że krajanie krajów i ludów staje się zjawiskiem powszechnym. Oto
dlaczego Stara Europa pozbawiona wiary w świętość jakichkolwiek zasad  przeszła
nad podziałem Rzeczypospolitej do porządku dziennego. Tymczasem my z dumą
możemy  powiedzieć, że mimo takiego doświadczenia polska myśl polityczna nie
wyzbyła się pojęcia słuszności i nadal głosiła, że nie można nazywać polityką
tego, co jest chytrością, zdradą, podłością, gwałtem, najazdem i cudzym
przywłaszczeniem
. Utraciliśmy byt państwowy, ale polskie pojęcie o życiu
zbiorowym nie odeszło w niebyt historii[20].

Tak więc
pozostaje faktem, że żadne z państw chrześcijańskich, do których apelował i król
Stanisław August i Konfederacja nie wystąpiło w obronie Rzplitej, wystąpiła
tylko i biła się za nas, i pomagała wyznawczyni proroka Turcja, która też nigdy
nie uznała rozbiorów Polski[21].

Niejeden z
Polaków przeżywał tragedię rozbiorów jako zbrodnię dokonaną na ciele i duszy
narodu do tego stopnia, że przyprawiło ich to o obłęd. Przykładem jest poeta
Dionizy Kniaźnin, czy unieśmiertelniony na obrazie Jana Matejki Tadeusz Rejtan,
który na zdrajców rzucił straszliwą klątwę: “Idźcie na zgubę i potępienie
wieczne, depczcie to łono, które się zastawia za cześć i swobody wasze
“.

To, co się
działo w ich duszy i sercu, które nie wytrzymały tragedii raz jeszcze pokazuje
dwukrotnie już przytaczana przez nas powieść o tamtych czasach, gdzie główny
bohater Konfederat Marek Poraj  po usłyszeniu wieści o planowanym I rozbiorze
kraju prowadzi taką rozmowę w swej duszy:

Trzy
sąsiednie mocarstwa postanowiły Polskę miedzy siebie rozebrać!
(…)
Podzielić?…Cóż podzielić?…Polskę?…O ślepi! Toż nie wiedzą, że Polska to
jak szata Chrystusa jest niepodzielna? Możecie o nią rzucać kości – możecie grać
w grę fałszywą – ale dzielić, dzielić Polski nie można!
(…) Któż
podzieli powietrze, któż wykroi granice na morzu?…Któż podzieli wiatr od
wschodu, któż rozłączy pojedyncze mgły obłoku?…Któż oddzieli płomień lampy
gorejącej przed Najświętszym Sakramentem?…Któż rozgrodzi gwiazdy
niebieskie!….A oni chcą Rzeczpospolitę podzielić!
(…) Powietrza nie
podzielisz, na morzu nie zaznaczysz granic – wiatru nie rozetniesz na dwoje –
obłoku nie przedrzesz na części – płomienia nie rozłączysz – gwiazd nie
rozgrodzisz – ani Rzeczypospolitej nie podzielisz!
(…) A oni chcą
dzielić Polskę!…Powinniby w takim razie każdego szlachcica polskiego, który
jedno ziarno ma przy sobie, wziąść i osobno rozgrodzić!… I wtedy nie
podzieliliby Polski…bo każdy Polak nosi całą Polskę w sobie…Co szlachcic to
Polska!”

A gdy rozbiór
Rzeczypospolitej stał się faktem umysł starego konfederata nie wytrzymał i
doznał obłędu.

Podobnie ja ów
potężny Sarmata myślał każdy Konfederat stający na ordynansach Chrystusa jako
sługa Maryi. Wiedział, że nosi w sobie, w swoim sercu całą Polskę . Mówił on
sobie:  “U nas nie ma bezprawia. Bezprawiem nazywają nasi nieprzyjaciele to,
że każdy szlachcic nosi u nas Rzeczpospolitą w swej piersi. Co szlachcic to
Polska!… Gdyby kiedyś Rzeczpospolita nasz miała być wymazana z rejestru
narodów, to ręczę ci panie austriacki, rosyjski, pruski, że ona żyć będzie póty,
póki ostatni szlachcic polski nie umrze i swojej ojczyzny do grobu nie zabierze!
[22]

Z tego
przekonania wyrosły słowa naszego hymnu narodowego. W duchu Konfederacji lepiej
rozumiemy, co oznaczać winny dla nas słowa: “Jeszcze Polska nie zginęła póki
my żyjemy!

I w tym samym
odczytujemy słowa Kazimierza Pułaskiego skierowane do swoich podkomendnych, gdy
opuszczał kraj. Brzmią one  żywo i w naszych uszach: “Znam waszą gorliwość i
waszą odwagę, i pewny jestem, że gdy szczęśliwsze zdarzą się okoliczności dla
służenia ojczyźnie, będziecie takimi samymi, jakimi byliście ze mną

Przerwa

    Jest
prawidłem, że nic więcej do ojczyzny nie przywiązuje, jak znajomość historii
swego kraju, dlatego wrogowie wewnętrzni polski robią dziś wszystko, aby chlubna nasza przeszłość była nieznaną obecnym pokoleniom. Szkoła jest tego najlepszym przykładem. Ci, co kiedyś zohydzali w oczach uczniów Konfederację czynili to z pobudek ideologicznych, ci co dziś jej dzieło świadomie pokrywają milczeniem mają swój cel. Jaki? By Polska zginęła kiedy my żyjemy.  

A tu trzeba temu wydać wojnę,
zwłaszcza stare pokolenia, które znają jeszcze historię i jej znaczenie dla
narodu winny sobie powiedzieć w sercu:

“Na to się toczy ta wojna,

Na to ja moją siwiznę

Ofiarowałem – kość złożę,

Aby silne duchy Boże

Miały na ziemi ojczyznę

I Sztandar sercom zatknięty
(J. Słowacki, Ks. Marek)

Należy tu
uczynić dłuższy wywód.

Chcę
zaryzykować stwierdzenie, że Konfederacja barska to w wymiarze duchowym walka z tym wszystkim, co było obce duchowi polskiemu, również w społeczeństwie polskim, bo to nie tylko był bój z niewolnictwem moskiewskim, ale to była walka z wykoślawioną elitą, tylko z nazwy polską, zepsutą, a mówiąc językiem biblijnym
służącą swojemu brzuchowi, powodującym zniewolenie woli, zniewieścienie ducha, a tym samym niemoc polityczną narodu. Darmo bowiem u niej szukać jakiejś państwowo-narodowej troski o losy przyszłych pokoleń. Jeśli już była u tej elity jakaś troska, to byle przywrócić święty spokój, ukarać winowajców Konfederatów, bo to – jak mówił o nich poseł rosyjski Saldern – “największe filuty
na świecie i hańba człowieczeństwa
“, a o kraju niech zadecydują okoliczności
czyli Rosja i Prusy. Więc nic dziwnego, że najpierw pokryto kurzem zapomnienia wysiłek Konfederacji. Poezja stanisławowska znajdowała rymy tylko na ich potępienie, w pamiętnikarstwie mało znajdziemy ciepłych  wspomnień po Barze, w
malarstwie właściwie brak wizerunków konfederatów, ich pieśni i melodie poszły w zapomnienie, święte dla narodu relikwie, jak ryngrafy, mundury, święcone szable, sztandary jako gdzieś się zapodziały. Po prostu tych pamiątek nie pielęgnowano.
Co więcej, gdy Konfederacja padała, wyszydzano w salonach warszawskich
najszlachetniejszy wysiłek narodu drwiąc: “babską jest wojna barska i nic tu
nie pomoże sierdzenie się towarzyszy świętymi obwieszonych szyszaki
“.

A tymczasem my
wiemy, że z poczucia wolności dziecka bożego wyrastała także i u tych towarzyszy
wspaniała, niepowtarzalna, polska fantazja, którą oni tak zachwycali. Dla
przykładu jeden z najsłynniejszych konfederatów Józef Zaremba, wcześniej służący w wojsku saskim rzucił obcy mundur po tym, jak został zbesztany za zły krok podczas musztry. Obrażony o honor polskich nóg, odpalił generałowi z miejsca, za co odsiedział areszt, a potem podziękował za służbę i wyzwał saskiego generała na pojedynek. Nie bez znaczenia jest i młody wiek konfederatów, który w pułkach Kazimierza Pułaskiego nie przekraczał 28 lat. A młodość zawsze dodaje skrzydeł i sprawia, że może ci rycerze – o czy wspomnieliśmy już w części pierwszej naszej
audycji – nie byli bez skazy, ale byli bez trwogi.

Więc żołnierzem
był ochotnik, powstaniec idący na bój “z Boga ordynansu“. Wśród tych
ochotników elitę stanowił Zakon Kawalerów Krzyża Świętego. Obowiązywały ich przykazania moralne, które zdały egzamin do tego stopnia, że trzeba nam schylić czoła przed wytrzymałością tych ludzi na codzienne uczucie głodu, chłodu, brudu, niepokoju o najbliższych wytrzymywane w imię obowiązku “dla nieba wakansu“.    Więc nic dziwnego, że kpiny nie trwożyły serc Konfederatów, bo mieli za sobą świadectwo własnego sumienia, i wiedzieli, że za swoje męstwo mają szacunek cnotliwych obywateli. Każdy z nich mógł odpowiedzieć: “Miła Ojczyno, nie mamy już
dalszej ofiary , którą Tobie moglibyśmy poświęcić. Straciliśmy dobra, nie
oszczędzaliśmy na Twą obronę dni naszych
“.  I w dziejach
naszych zdaje się słychać ich apel skierowany do sumienia przyszłych pokoleń
Polaków, by rozsądziły, kto służył ojczyźnie, a kto ją zgubił. A jeśli źle
sprawę osądzimy, to jak wyrzut brzmieć będą słowa oddające wyszydzany ich
wysiłek:

Zbraczając we krwi piersi i
pałasze,

Wzięliśmy sławę, czy w zysku?
Czy w stracie?

Czy wy potomni te przykłady
nasze

Weźmiecie z dziadów i wnukom
podacie
?”[23]

A potem, z
godnie z tytułem dumasowskiej powieści, dwadzieścia lat później kanalie
jęli wodzić polskiego poloneza.

Władysław
Reymont w przytoczonej już przez nas powieści daje znakomity obraz tego
towarzystwa. Wraz z pisarzem przenieśmy się na chwilę do Grodna, gdzie 1
sierpnia 1793 roku wyprawiono – o hańbo!- ucztę “wdzięczności za szczęśliwe
przeprowadzenie
”  przez ambasadora Rosji Sieversa traktatu rozbiorowego
Rzeczypospolitej:

Ambasador
“zaczął wreszcie spacerować po komnacie. Dygnitarze rozstępowali się jakby przed Sakramentem, żebracze spojrzenia słały mu się pod nogi, a uniżona podłość czyhała w każdej twarzy na jedno choćby jego słówko, choćby na jeden uśmiech  łaskawy
“. A poseł  potakiwał wszystkiemu uśmiechając się wciąż zwiędłym,
jakby przyklejonym do wąskich warg uśmiechem pobłażliwej dobrotliwości.

I rozpoczęła
się uczta, na której wznoszono uroczystymi głosami toasty:
” -…Najjaśniejsza
imperatorowa jejmość Wszech Rosji i nasza najmiłościwsza aliantka niech żyje!

Oczywiście na
uczcie nie mogło zabraknąć przedstawicieli obcych państw aprobujących w pełni
rozgrabienie Polski. Posłuchajmy opisu o nich, bo brzmi on dziwnie aktualnie:

A wśród
wzmagających się gwarów co chwila rozbrzmiewał jakiś nowy język: pieszczone
słowa italskie migotały niby szpady z aksamitnych pochew wyrywane; niekiedy
szpetnie zawarczał niemiecki, jakoby jeno w dyskursach z psami wypróbowany;
angielski zdał się być skrzybotem rozgryzanych kamieni; wdzięczył się akcentami
rosyjski, a skakał niespodzianie w prysiudach; polski buchał układną wielce a
wrzącą falą lub nagle tętnił i walił grzmotliwie niby ataki skrzydlatej husarii,
ale francuski szczebiot lśniący, zimny i obrachowany, najczęściej pryskał
szampańską pianą żądliwych dowcipów i ucinków.
 (…) Ta socjeta mimo
świetnych manier i pozorów była wielce mieszana. Kręciły się w niej jakieś
cudzoziemskie persony, gładkie, oświecone, często utytułowane, ale o których
nikt nie wiedział nic pewnego. Chyba ambasady, przestające z nimi w zażyłej
komitywie. Były nawet i damy, polecane z wysoka i przyjmowane w najcnotliwszych domach, a również podejrzane. Uwijało się też sporo zagadkowych rodaków i nowych nazwisk, pachnących wczorajszą nobilitacją, ale że niewolili złotem hojnie
rozsypywanym, że byli mistrzami w kartach, intrygach i hulankach, wiedli rej
między młodzieżą, która ich otaczała uwielbieniem i żarliwie naśladowała
“.

I oto moment kulminacyjny tej uczty:

Naraz
zagrzmiały pierwsze dźwięki poloneza i po sali poszły gorączkowe rumory i
wołania: – Polonez! Miejsca, mości państwo! Miejsca! Polonez!

Jakoż
kapela, zestrzeliwszy wszystkie głosy w jedno, powiodła zgodnie tan rozkołysany,
górny a uroczysty, dziarski a pełen powagi, radosny a dumny i mocą hartowny a
wspaniałością dyszący.
   W złoconych drzwiach ukazał się Sievers, z szarmanckim ukłonem podał rękę pani  Ożarowskiej i poszli w pierwszą parę poloneza… A za nimi ruszył długi,  migotliwy korowód i płynął po sali rozmigotanym wężem wśród posuwistych stąpań,
wabnych uśmiechów, kornych pokłonów, strzelistych słówek i dźwięków, wznoszących się coraz szerzej, coraz przenikliwiej i coraz ogromniej.  
  
Aż uczyniła się na sali przedziwna cichość…a tylko kapela podawała
swoje dostojne i rzewliwe głosy
…”

 A teraz posłuchajmy
polonezowego opisu męstwa naszych Ojców, będącego w dysharmonii z tchórzostwem tancerzy:

“…Basy
jęknęły niekiedy gędźbą zatroskanych starców, zalśniły się tu i owdzie skrzypce
jak oczy dziewic zroszone łzami pożegnań;
(…) - gdy naraz trąby
zagrzmiały wyniosłą, chmurną pieśń boju i chwały; porwał się górny szum orlich
skrzydeł, ciężkie tętenty zadudniły, chrzęsty ciężkich zbroic, dalekie rżenia,
głosy, śpiewy…

   Pancerni!
Pancerni!

   Mróz
przeszedł kości! Sto serc zabiło i sto rąk padło na głownie szabel. Chodkiewicz
na przedzie, tarant pod nim spieniony, las rozszumianych skrzydeł, wiatr miota chorągwią, kopie migocą grotami, pobrzękują karaceny, huczą jak burza i jak
burza cwałują…

    Stanęli
murem…patrzą nieulękłe, wierne oczy…błyszczą się ryngrafy; koń zaparska,
ktoś z cicha westchnie, płyną żarliwe, ostatnie pacierze…

 – Jezus,
Maria! Bij, zabij! Spadł krzyk ogromny i zakwiliły piszczałki. Runął huragan,
strzaskały się kopie, pierś uderzyła o pierś, zadzwoniły pancerze i już biją
miecze jak młoty, biją jak błyskawice, biją jak pioruny…

   Wrzasnęły
mosiężne blachy palącym wichrem boju; rzegocą brzękadła janczarskie, trąby huczą
przeciągle niby armaty, skrzypce zacinają świstem tysięcy szabel, piszczałki
bodą namiętnie sztychami, bębny zrywają się raz po raz, krótkim warkotem jakby
trzaskiem samopałów i czyni się straszliwy zgiełk; wszystko się miota, zmaga,
przepiera i kłębi, pijane krwią, mordem i szaleństwem, a tylko basowy głos wciąż
pojękuje głucho i jednako uparcie, mściwie i nieubłaganie huczy:

- Bij,
zabij! Bij zabij! Bij, zabij!
…………………………………………………………………………………….

   A w pierwszą parę tańczył
Sievers z panią Ożarowską
.

………………………………………………………………………………………………..

    A teraz zasłuchajmy się w
dźwięki słów reymontowskiego poloneza o wolności sarmackiej:

Z nagła
uderzył pod stropy szeroki, tryumfalny śpiew zwycięstwa! Zaszumiały prawieczne
lipy, grzmią wiwaty, stary dwór dygoce, biją łunami okna, krew gra upojeniem,
ręce szukają rąk, żenią się miłosne spojrzenia, serca pienią się radością niby
puchary, prężą się dusze, ponosi ochota.

   Hej jak
cudnie i weselnie na świecie, hej!

-
Odbijanego, mości panowie, odbijanego!

Klasnęły
dłonie, przechylają się głowy, furkoczą sukienki, czasem rymną obcasy, zatrzepią
się wyloty i brzękną karabele…
…Szarmanckie dygi, posuwiste ukłony, nagłe przyklękania, oślepiające zawroty,
namiętne rapty, ściszone afekty, niespodziane szlochy, i polonez niesie się,
wije i migoce ognistą wstęgą dokoła sali, przekomarza się, przyśpiewką zaniesie,
pobaraszkuje, buchnie śmiechem, czasem hulaszczo utnie, czasem powieje smutkiem,
a coraz cudniej kołysze czarami upojeń i zapomnienia.
………………………………………………………………………………………….

   A w
pierwszą parę tańczył Sievers z panią Ożarowską
“.

 


……………………………………………………………………………………………..

Za Reymontem
spytam drogi radiosłuchaczu; “Jakże się zabawiasz?

Bo mówiący te
słowa “jakby na teatrum!” Bo w tańcu polskim cała Rzeczpospolita w swej
krasie tańczy przede mną. Lecz w tancerzach, cała polska zdradziecka elita z
dostojnym opiekunem na czele.

Przywiedźmy
przed oczy konterfekty niektórych z tancerzy, by ich zapamiętać i porównać ze
współczesnymi nam. Może znajdziemy odpowiedniki niejednego z nich?

Mąż
pani Ożarowskiej. Bohaterski regimentarz
[24]
pojechał do Petersburga, by zabiegać o sutszą nagrodę za redukcję wojsk! A może,
by z oderwanych województw składać hołdy imperatorowej. Nic dziwnego, że krąży o
nim wierszyk:

“Ni z mięsa,
ni z pierza,
Nic nie przypomina zwierza;

   Lecz
wszystko co czyni,

      Daje
konterfekt…świni!

 

Za nim
hrabia Ankwicz
[25].
Pierwsza gęba na sejmie i może pierwszy rozum, ale niechybnie i pierwszy
jurgieltnik. Ma tysiąc pięćset dukatów miesięcznie od imperatorowej i wielkie
prospekta na przyszłość.

Za Ankwiczem
paraduje Miączyński
[26].
Piekło wypluło tego łotra z najgłębszych czeluści. Kostera, pijak i parricida.
Tysiąc dukatów miesięcznie i prawo bezkarnego sumienia, gdzie mu się da.
Gardziel nienasycona, dziurawa kieszeń i robaczywe sumienie. Zawsze gotów na
największe łajdactwo. A poza tym niezrównany bibosz, czarujący hulaka, cynik i
kpiarz na świecie. Zaufany Igelströma, przeprowadził po jego myśli ostatnie
wybory w Koronie, naturalnie za osobną dopłatą. Tańczy z panią Załuską
[27],
damą serca swojego patrona i przyjaciela, która teraz zabiega o podskarbiostwo
koronne dla męża. Wielce dobrana para. Diabeł będzie miał z nich pociechę.

Dalej:
- Bieliński[28],
marszałek sejmowy. Tysiąc dukatów miesięcznie na rękę, a drugie tyle wiktem,kwaterą i kochankami.

Dalej idzie
Moszyński
[29]wspaniale
diamentowany widocznie mniema, że spod drogich kamieni nie dopatrzą się jego garbu i lisiej twarzy. Otóż ten gotówki nie bierze, ale jest takiego rozumienia o sobie, że niechaj mu błysną podkanclerstwem, a zrobi, co zechcą. Tymczasem już  pyszni się tabakierką z portretem imperatorowej, którą dostał za traktat.
Ambitna to persona, nieużyty jak kamień i chciwy jak Żyd. Bardzo przy tym
oświecony i szczerze pracujący dla Semiramidy i Rzeczypospolitej.

Dalej w
zielonym fraku to hetman polny litewski Zabiełło
[30].
Ma oczki pełne czułości twarz poczciwca i chód głodnego wilka. Wielce to godna persona! Złupił rodzonego brata i puścił go z torbami. Sprawa była głośna na całą Rzeczpospolitą. On to sprzedał rozpuszczoną brygadę Bracławską
Kreczetnikowowi. Mówią jeszcze o tym po cichu, ale już głośno wiadomo, jako łowił z Kozakami gemajnów i brał za nich po pięć rubli, za oficerów po
pięćdziesiąt, a rynsztunek sprzedawał osobno. Rozumiesz, jako to mąż wielce już zasłużony sprawie publicznej.

Dalej:
frak różowy w kwiatki, harcap zapleciony czarną wstęgą, włosy pudrowane, twarz zamarzła, nos czerwony z kapką drogocenną od tabaki, ruchy rozlazłe, oczy nieprzytomne, toć sam marszałek litewski, Tyszkiewicz
[31].
(…) że ma substancję w kordonie rosyjskim, a ambasador lubi go po nich
łechtać wojskowymi egzekucjami, to godzi się na wszystko.
(…) Po tym
dyga z panią Dziekońską Raczyński
[32],
filut, wierny pachoł Buchholza, lecz nie gardzący i rublami.

A zasługi
drugich również czekają jeszcze ujawnienia i nagrody. Takich zaś, jak Podhorski,
Łobarzewski, Boscamp i wielu, wielu innych, nie trzeba kredą znaczyć, rozpoznasz ich nawet w nocy, bo już z dala cuchną padliną. Co za hultajstwo zebrało się w Grodnie. Ba dla uciechy trafia się niekiedy i jakiś kontuszowy, poczciwy baran, który niby pozytywka wrzeszczy wciąż jedno: Wolność, równość, wiara i liberum
veto! Ale tenor onych wrzasków jeden: bezprawie, samowola i chciwość. Słowem zwierzyniec ucieszny herbowego tałatajstwa
(…)

Polonez się
skończył, muzyka ucichła
(…) Naraz w ciszy podniósł się jakoś
mocny głos i zawołał ponuro:

- Mane!
Tekel! Fares!

Co temu
biblijnemu przekleństwu odpowiedział mu śmiech ogólny i wybuch szalonej
wesołości
.

Tak się
zakończył  polski dziejowy taniec, w którym rej wodzili ci, co wyrzekli się
zasad polskiego myślenia, mężnego słuchania i bronienia zasad Ewangelii w życiu publicznym,  wreszcie własnego sumienia.  Cóż na to
odpowiemy my, widząc wodzących poloneza współczesnych nam zdrajców ducha narodowego, których charaktery zniewieściały do tego stopnia, że łatwiej im jest wyśmiewać dawnych bohaterów, niż przyznać się przed samym sobą, że się jest po prostu lalusiem niezdolnym do jakiegokolwiek czynu, a już na pewno nie do władania samym sobą.

Owszem, z bólem
i troską stwierdzamy, za księdzem Markiem Jandołowiczem:

Widać, że
nasz okręt tonie,

Że potrzeba
mu balastu,

Więcej
szabel…więcej ducha,

Więcej serca
w naszym łonie
” (J. Słowacki, Ks. Marek)

Ale, powtarzam:
cóż my na to?

Nie słuchając głosu szyderców, tylko wpatrzeni właśnie w ducha Konfederacji, rozumiejący jej trud, mówimy, że zazdrościmy losu tych, którzy dla zaszczytów ojczyzny chwalebnie i mężnie krew przelali. To dzięki nim nie zgładzono imienia
polskiego. To dzięki nim Polacy nie zamienili się w zdrajców. Zdają się oni
mówić do nas z głębi dziejów: “Nie rozpaczajcie nigdy o Rzeczypospolitej!
Ufajcie zawsze! Opatrzność, która i dziś nas chłosta, na koniec uciskami naszemi tknięta, nagrodzi nam stateczną miłość Ojczyzny, pozwalając jej być na nowo szczęśliwą i więcej niż kiedykolwiek kwitnącą!

Z historii
wiemy, że dopiero Księstwo Warszawskie wróciło do tego, co przeżyli ich ojcowie,
bo w tej epoce niezwykłego wysiłku zbrojnego związanego z wojnami napoleońskimi
zrozumiano przesłanie Konfederacji, które trwało w narodzie mimo cichej walki z nim:

Zwycięstw
takich, dlatego że takich właśnie,

Żaden nie
zniszczy mocar – on pierwej sam zgaśnie-

I żaden
żandarm ani cenzor, ni pachołek

Orderowy –
bo to jest tron, nie lada stołek
“. (C. K. Norwid, Rzecz o wolności
słowa
, XIII)

A potem poeci
romantycy wyczarują półlegendarne postacie herosów Konfederacji, tak że legenda
jej stanie się dla narodu na przyszłość moralnym skarbem: zwłaszcza podczas nocy zaborów w Polsce

Nasi Wieszcze w
sercach swych usłuchali słów Konfederatów zdających się im szeptać:

Bo nasza
rzecz jest wieczność w Polsce, a rzecz Wasza –  Polska w dziejach wiecznego
“.
I odkryli, że “stałość ich męska Ocala jeszcze i potomne zastępy[33]
(C.K. Norwid, Z Tyrteja i  Psalmów-psalm)

Ich poezja
niejako udzieliła głosu Konfederatom, by rozbrzmiewał on w sercach Rodaków
podczas nocy zaborów w Polsce, a nas, by pobudzał do wysiłku równego ich
wysiłkowi:

Bodajby
kiedyś odkryto,

 Że tu,
gdzie nas zabijano,

 Ludów
patronkę zabito;

    Że tu,
gdzie Polski kolano

Pierwszy raz
przed nędzą klękło:

 Nowa jest
ludów Kalwaria -

    A tam,
gdzie jej serce pękło,

Gdzie
zapłakała jak Maria:

Jest miejsce
lamentowania -

    A tam,
gdzie ją kat pogania

Knutem,
cierniami  i spiżem,

A ona padła
pod krzyżem

W koronie z
blasków słonecznych:

Jest miejsce
upadków wiecznych

I śmierci
okropna przystań -

   A tam,
gdzie matka rycerzy,

Choć w
grobie, w grób nie uwierzy:

Jest miejsce
wieczne zmartwychwstań -

Jest duch,
co z grobu wyrywa -

I kos
żadnych się nie boi.

Panowie! To
miejsce stoi!

To miejsce!
– Bar się nazywa.

Tu my,
rycerze bez plamy,

Z odkrytą
przed Bogiem głową,

Pod
chorągwią Jezusową

Za kraj nasz
poumieramy,

Zatknąwszy
wieczne sztandary

Dla miłości
i prawdy, i wiary
“. (J. Słowacki, Ks.Marek)

Więc teraz
rozumiemy, że nikt kto czuje po polsku nie może być zwolniony od podjęcia
takiego trudu, by “słuszność chociaż uciśniona, nie traciła praw swoich, by
przemoc, która często jest samowolą rządzących, chytrze zawoalowaną pozorami
wolności, nie miała nigdy prawnej władzy, by nowe krzywdy na ciele i duszy
narodu nie usprawiedliwiały przeszłych, bo w co się obrócą narody całe, jeżeli
krzywda krzywdą wspierana być może. Mamy tkać nić narodowej myśli opartą na
przeszłości, bo społeczeństwo polskie, które od wieków główną swą więź
polityczną tworzyło z wolnej a zgodnej woli jednostek, uczciwość była siłą,
zdrowiem, i przyszłość należała do uczciwych. Bo niepodległość buduje się od
wewnątrz za pomocą zdrowych instynktów i idei społeczno-państwowych, a nie przez
oszukiwanie siebie i innych.

Trwa więc walka o ducha narodu.
Może zwyciężyć obojętność według słów:

U nas już bohaterskie uczucia
zamarły,

Po waszych wielkich czasach
przyszedł wiek jałowy,

I z plemienia olbrzymów
zrodziły się karły.”

Ale może być i inaczej jeśli się weźmie do serca
przesłanie Konfederacji i powie:

“Kto będzie tak walecznie
działał jak pradziadzy,

Ten sławę pradziadowską pozyska
we żniwie.

Idź za dobrymi wzory, słuchaj
dobrej rady,

I ku dziełu prawicę przyłóż
nieleniwie
“. (M. Stryjkowski, Oda IV)

A nas katolików
szczególnie powinno pobudzać do czynu napomnienie budziciela polskich sumień ks.
Piotra Skargi:

A najszkodliwsi są katolicy bojaźliwi, małego serca, którzy gniewem się
sprawiedliwym i świętym ku obronie czci Boga swego nie zapalają, a zelum nie mają i jako straszydła na wróble stoją
“.

Na zakończenie audycji:

I jeszcze jedna
refleksja jaka na zakończenie kojarzy się z tytułem naszych rozważań.  Mówiącemu
te słowa mimo woli nasuwa się analogia między Konfederacją, a solidarnym
powstaniem ducha polskiego w 1980 roku. O którym za Mickiewiczem powiadam:

O roku ów!
kto ciebie widział w naszym kraju!

Ciebie lud
zowie dotąd rokiem urodzaju
(…)

O wiosno,
kto cię widział, jak byłaś kwitnąca

Zbożami i
trawami, a ludźmi błyszcząca,

Obfita we
zdarzenia, nadzieją brzemienna!

Ja ciebie
dotąd widzę, piękna maro senna!

Urodzony w
niewoli, okuty w powiciu,

Ja tylko
jedną taką wiosnę miałem w życiu
“. (Pan Tadeusz)

 

Tzw. Okrągły
stół z 1989 roku to, co najwyżej kongres wiedeński w polskim wydaniu, gdzie
przywrócono królestwo polskie, ale w ograniczonym zakresie. I zrobiono wszystko, aby Polska  rozwijająca się podług swojego charakteru, pełniąca misję dziejową wyznaczoną jej przez Opatrzność, jakim jest budowa cywilizacji miłości (Civitas Dei) nie odrodziła się. Tak więc przed nami jeszcze powtórka z powstania listopadowego i styczniowego, a do prawdziwie wolnej Polski, Chrystusowej, jeszcze daleka droga.

Więc pozostaje tylko nadzieja, że
może spełnią się jeszcze kiedyś słowa:

Pieśń polska, niepodległa, ta,
co jeno wierzy

W Boga, w ducha narodu i jego
rycerzy,

Więc przy Ojczyźnie stoi i
hasła nie zmienia -

Ta pieśń, co z naszych ojców
wyrosła cierpienia

I dotąd wierne syny z całej
Polski garnie,

Bo w jej trzech ranach jedną
odczuwa męczarnię;

Ta pieśń, której ze sobą nie
zabrali wieszcze,

Nie zabrali jej w grób – nie!
Ona żyje jeszcze!

Ona, kiedy bluźnierców wzmaga
się rozpusta,

Zawsze komuś w narodzie
rozpłomieni usta

Rozkazując: Idź, mów, głoś!
Chleb anielski zamień

Na ich gniew, urąganie – a
choćby na kamień!
” (Kornel Ujejski, Weteranom z 1831 roku)

 

Regulamin Strony